Warning: include_once(/www/hist_www/www/portal/includes/phpmailer/mailer.php) [function.include-once]: failed to open stream: No such file or directory in /www/hist_www/www/portal/index.php(1) : eval()'d code on line 1

Warning: include_once() [function.include]: Failed opening '/www/hist_www/www/portal/includes/phpmailer/mailer.php' for inclusion (include_path='.:/usr/local/php-5.2/lib/php') in /www/hist_www/www/portal/index.php(1) : eval()'d code on line 1
Historicus - Twój Portal Historyczny - Wykuwanie szczęścia

Twój Portal Historyczny

Twój Portal Historyczny

Szukaj w Portalu i Forum

Ostatnio na Forum

Użytkownik






Nie pamiętasz hasła?

Imieniny

18 Maja 2012
Piątek
Imieniny obchodzą:
Aleksander,
Aleksandra, Alicja,
Edwin, Eryk, Eryka,
Feliks, Irina,
Liboriusz, Myślibor,
Wenancjusz
Do końca roku zostało 228 dni.

Gościmy

Odwiedza nas 27 gości
Wykuwanie szczęścia Utwórz PDF Drukuj Poleć znajomemu
Redaktor: Magda..   

Szczęście to niewątpliwie jedna z najtrwalszych potrzeb ludzkości

Kiedyś było przedmiotem rozważań mędrców, władców i świętych. Dziś receptę, jak je osiągnąć, oferują nam celebryci. Czy rzeczywiście ją poznali?

Rozważania o szczęściu można uznać za swego rodzaju oś dziejów. Już w pierwszej księdze "Dziejów" Herodota pewny siebie Krezus i rozważny Solon toczą spór o to, czy człowiek może zyskać szczęście i co się na nie składa. Pod koniec XVIII wieku grupa konstytucjonalistów, znana później jako Ojcowie Założyciele, uznała ten spór za niebyły, wpisując do preambuły konstytucji Stanów Zjednoczonych formułę o "dążeniu do szczęścia" jako jednym z przyrodzonych praw ludzkich.

Źródło: Wiedomosti

Szczęście to niewątpliwie jedna z najtrwalszych potrzeb ludzkości

Kiedyś było przedmiotem rozważań mędrców, władców i świętych. Dziś receptę, jak je osiągnąć, oferują nam celebryci. Czy rzeczywiście ją poznali?

Rozważania o szczęściu można uznać za swego rodzaju oś dziejów. Już w pierwszej księdze "Dziejów" Herodota pewny siebie Krezus i rozważny Solon toczą spór o to, czy człowiek może zyskać szczęście i co się na nie składa. Pod koniec XVIII wieku grupa konstytucjonalistów, znana później jako Ojcowie Założyciele, uznała ten spór za niebyły, wpisując do preambuły konstytucji Stanów Zjednoczonych formułę o "dążeniu do szczęścia" jako jednym z przyrodzonych praw ludzkich.

To, co miało miejsce między na poły mityczną konwersacją dwóch Hellenów a wypracowaniem formuły przez dżentelmenów w perukach, uformowało jeśli nie samą historię, to z pewnością dzieje sporów ideowych cywilizacji Zachodu i kształt podstawowych pojęć, jakimi zwykła się ona posługiwać. Współczesna kultura masowa uznaje "dążenie do szczęścia", osiąganego możliwie rychło i bezboleśnie, za oczywisty, uznany i na dobrą sprawę jedyny cel działania – można się o tym przekonać na stronach każdego bez mała czasopisma lub biografii kolejnego, nomen omen, dziecka szczęścia. Owszem, na ostatnich stronach gazet można jeszcze czasem natknąć się na horoskopy, jest to jednak niewielki ukłon na rzecz fatalizmu, niedouczenia bądź lenistwa. Większość czytelników jest przekonana, iż przypadła im rola kowali własnego losu i co więcej, wiedzą doskonale, co chcieliby wykuć. Amerykański historyk idei Darrin McMahon postanowił zająć się drogą, jaką przeszliśmy jako wspólnota od sceptycyzmu do hedonizmu: rezultatem badań jest jego książka "W poszukiwaniu szczęścia" ("The Pursuit of Happiness. A History from Greek to the Present"), ukazująca się właśnie w Rosji.

Fot. Getty Images/FPM



Jest się czym zajmować – choćby przekonaniem, że nasze wysiłki powinny jakoś współgrać z życzliwością losu, że szczęście jest swego rodzaju "udziałem" w dobrach, do których zostaliśmy dopuszczeni, szansą, losem. Zaświadczają o tym zresztą wszystkie języki europejskie: łacińska "felicitas" oznaczająca nic innego jak "los" i "powodzenie" dała początek określeniu szczęścia we wszystkich językach romańskich. Starożytni Grecy zdołali w słowie "eudajmonia" połączyć pomyślność i element boskiego fatum, powodzenia (niepowodzenie zaś to nic innego jak dysdaimon, skąd i Desdemona…). Francuski "bonheur" łączy znane wszystkim dobro, "bon" i starofrancuskie "heur", czyli los. Nie inaczej z angielskim "happiness" – i w nim uważny filolog słyszy staroskandynawskie "happ", czyli "przypadek".

Spór zaś, o którym na wstępie mowa, spór założycielski dla kultury antycznej, wiele mógłby dzisiejszym celebrytom powiedzieć o szczęściu, gdyby tylko zechcieli się nad nim zastanowić. To Krezus bowiem, władca małoazjatyckiej Lidii, pytając Solona, "kogo uważa za najszczęśliwszego spośród śmiertelników" jako pierwszy w dziejach pisanych niedwuznacznie podsuwał swemu rozmówcy odpowiedź zgodnie z zasadą "lustereczko, powiedz przecie…". Usłyszał jednak tylko: "Widzę, że jesteś najbogatszy ze śmiertelników, nic jednak nie potrafię powiedzieć o twoim szczęściu, dopóki nie dowiem się, w jakich okolicznościach dokonałeś żywota". Jak pokazała dalsza rozmowa, za najszczęśliwszego uważał Solon bynajmniej nie majętnego tyrana, lecz Telosa, obywatela ateńskiego polis, który "miał wspaniałych synów… I udało mu się dożyć dni, gdy oni wszyscy również stali się ojcami zdrowych synów… (…) W bitwie zdołał zmusić wrogów Aten do ucieczki i sam zginął śmiercią walecznych". Takiego losu nie można kupić – gotów jest twierdzić Solon – on może być tylko dany.

A przecież już wtedy rodziły się inne, konkurencyjne "modele szczęścia", a jednym z pierwszych, którzy zdołali je wypracować był, jeśli wierzyć Platonowi, Sokrates. Zdaniem nauczyciela ateńskich elit, wyrażonym najpełniej w "Uczcie", człowiek może, a nawet powinien osiągnąć szczęście, jeśli nie rozumie przezeń prostej satysfakcji (a już tym bardziej bogactwa!), lecz dążenie do piękna i dobra. Sokrates oceniłby więc naiwny krezusowy głód szczęścia jako słuszny w swej istocie, lecz zaspokajany za pomocą zawodnych środków. Kolejne pokolenia starożytnych dorastały w cieniu tych dwóch koncepcji, starając się co najwyżej zredefiniować pojęcie szczęścia i błogostanu. Byłożby to życie możliwie bliskie natury i wolne od namiętności? Tak twierdzili stoicy. Czy raczej należy stronić od cierpień fizycznych i zbytecznego lęku? Tego chcieli dla bliźnich i siebie uczniowie Epikura…

Nowe światło na kwestię szczęścia rzuciły wspólnoty chrześcijan, wahając się zresztą początkowo między gotowością do zanegowania wszelkich szans dostąpienia szczęścia na tym świecie i ostrych polemik z "hedonistami" po uznanie, że szczęście rozumiane jako radość, poczucie wspólnoty z Bogiem i wyrastająca z niej wdzięczność są w pełni możliwe do osiągnięcia. "Jak człowiek mógłby uniknąć nieszczęścia, jeśli będzie czcił szczęście niczym bożka, a odsunie się od Boga, który jest dawcą i źródłem szczęścia? – zachodził w głowę święty Augustyn. – Jak może uniknąć głodu, jeśli decyduje się lizać obraz, na którym narysowano kęs chleba, zamiast zwrócić się do dawcy chleba, do tego, kto jest jego szafarzem?".

Spory krok na drodze do wypracowania współczesnego nam, zachodniego rozumienia szczęścia dokonał się w okresie Reformacji. Protestanci, uznając wyroki Boże za niepoznawalne, przekonywali swych współwyznawców do pogody ducha. Skoro bowiem i tak nie jesteśmy w stanie nic uczynić bez Bożego błogosławieństwa, powinniśmy cieszyć się z wszystkiego, co On nam zsyła. Marcin Luter, który sam w młodości doświadczył depresji, znanej jego współczesnym jako "melancholia", z tym większym ogniem głosił, że "wszelkie smutki pochodzą od szatana".

Myśliciele nie próżnowali, a niespokojnym duchom coraz częściej nie wystarczały prawdy ojców. Myśl, że szczęście, rozumiane jako zaspokojenie wszelkich potrzeb duchowych, można uznać za probierz postępu i rozwoju, zawdzięczamy Johnowi Locke i francuskim oświeconym, spierającym się o progres, aż skrzypiały pióra. I nic dziwnego, skoro rozwój handlu ("komercji") i odkrycia geograficzne sprawiły, że człowiek Oświecenia jako pierwszy w dziejach zdolny był wypracować własnym przemysłem powodzenie swoje i swojej rodziny i sprowadzać towary oferowane przez mieszkańców całej bez mała kuli ziemskiej. Dla większości XVIII-wiecznej "nowej klasy" było to jednoznaczne ze szczęściem – i korzystano zeń ochoczo. "Nasi współcześni sprzedają i kupują szczęście" – pisał urzędnik-fizjokrata na dworze Ludwika XIV.

Kupują, dodajmy, coraz szybciej, coraz bardziej wymierne – i tak koło się zamyka. "Szczęście jednostki stanowi jedyny horyzont, na który orientują się demokracje współczesne" – ubolewa filozof Pascal Brückner. Niektórzy zaczynają wracać do tego, co odkryto już raz przed dwudziestoma kilkoma wiekami i uwalniać się od Krezusowej klątwy, doświadczając raz jeszcze, że dostatek i posiadanie dóbr, choć niejedno mogą w życiu ułatwić, trudno uznawać za cel i spełnienie. Wręcz przeciwnie, właśnie fakt, że jest tak (relatywnie) łatwo dostępne, nieodparcie dowodzi, że nie jest, nie może być bóstwem.

Dysputa trwa. Jedni politycy wręcz opowiadają się za tym, by "poczucie szczęścia" badać za pomocą ankiet i uczynić zeń jeden z ważniejszych mierników sytuacji współczesnych społeczeństw. Inni, mądrzejsi, wzruszają na te propozycje ramionami. Celebrytki fotografują się w łazience z pozłacanymi kafelkami, szarytki poprawiają szaliki "muminkom", dzieci gonią motyle.

Skoro spór o szczęście jest jedną z osi historii – to znaczy, że nadal będzie nam towarzyszył.
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
 
Joomla Templates by Joomlashack