|
Król Francji Ludwik XVI w swym dzienniku pod datą 14 lipca 1789 roku zapisał tylko jedno słowo – "nic"
Dało to wielu historykom powód do niepochlebnych opinii o inteligencji nieszczęsnego władcy.
Ludwik,
choć zawczasu przygotowany do władania, był człowiekiem nieśmiałym,
niepewnym i niezdecydowanym. Najszczęśliwszy czuł się wtedy, kiedy
naprawiał zepsute zamki w wersalskich drzwiach. Był otyły i ociężały,
także intelektualnie. Kochał jednak polowania i owo "nic" o tylko
smutne podsumowanie dnia bez myśliwskich sukcesów.
Źródło: Mówią Wieki
W pierwszej dekadzie lipca 1789 roku nie potrzeba było wzroku
wizjonera, by dostrzec nadciągającą burzę społeczną. Francja była
zlepkiem ziem i terytoriów różniących się tradycjami, lokalnymi
zwyczajami, przywilejami. Dużą niezależnością charakteryzowały się
ziemie przyłączone najpóźniej, jak Alzacja i Lotaryngia, gdzie niełatwo
było wyznaczyć granice władzy króla Francji. Dość powiedzieć, że ciągle
istniała granica celna między Lotaryngią a Francją, ale między
Lotaryngią a krajami niemieckimi już nie. Ta różnorodność utrudniała
skuteczne rządzenie, a poddanym komplikowała codzienne życie: np.
mnogość lokalnych wag i miar hamowała wymianę wewnętrzną nawet w dość
bliskim sąsiedztwie.
Także język nie stanowił fundamentu jedności państwa. W czasach, gdy
Akademia Berlińska urządzała konkurs na temat Co spowodowało, że język
francuski stał się uniwersalny? (1783), we Francji panował "bełkot i
gwar", a w wielu jej rejonach uczniowie szkół I stopnia ("petite
école") nie znali ani słowa w literackim francuskim.
Pozycja Ludwika XVI, jako władcy jednoczącego wszystkie ziemie należące
do Francji, była daleka od pozycji jego prapradziada Ludwika XIV,
wyrażającej się w znanym powiedzeniu "Państwo to ja". Kiedy w 1774
roku wstąpił na tron, Francja była zorganizowana w system rządów
absolutnych, jednak nadal w znacznej mierze pozostawała zależna od cech
osobistych monarchy. Ludwikowi XVI brakowało nie tylko charyzmy, ale
zwykłych zalet skutecznego urzędnika...
Mimo to początkowo cieszył się powszechną sympatią i zyskał duży kredyt
zaufania. Dobra atmosfera ulotniła się jednak szybko. Ludwikowi miano
za złe zarówno sprawy dużej wagi, jak i drobnostki. Historyk widzi
przede wszystkim klęskę reform podejmowanych na żądanie króla, ale też
z jego woli zarzuconych. Dla paryskich przekupek ważniejsze było to, że
król nie mógł się doczekać następcy, czy to, że nadmiernie ulegał
wpływom żony, ekscentrycznej, rozrzutnej, oskarżanej o niewierność i
intrygi Marii Antoniny - Austriaczki, jak powszechnie i z nieskrywaną
wrogością ją nazywano.
Ale dla szerokich warstw społeczeństwa francuskiego Ludwik XVI był
przede wszystkim lgalnym dziedzicem korony, pomazańcem namaszczonym
świętym olejem.
DOBRE CHĘCI TO NIE WSZYSTKO
Dobre chęci króla i aktywność trafnie dobranych kilku pierwszych
ministrów nie przełożyły się na naprawę państwa. Najpierw legły w
gruzach reformy Anne-Roberta Turgota, od 1774 roku generalnego
kontrolera finansów. Był on jednym z autorów słynnej Encyklopedii i
miał szeroką wizję niezbędnych zmian gospodarczych i społecznych.
Rozpoczął od wprowadzenia swobody handlu zbożem, która paradoksalnie
spowodowała wzrost jego cen i rozruchy ludowe zwane wojną mączną.
Planowane zniesienie ograniczeń cechowych oraz zamiana obowiązku
szarwarku na podatek przeznaczony na remont i budowę dróg nie weszły w
życie, a ich twórca szybko, bo w 1776 roku, otrzymał dymisję.
Król z jednej strony uległ naciskom kamaryli dworskiej związanej z
Marią Antoniną, z drugiej zaś przestraszył się wzbierającej fali
niezadowolenia i krytyki. Nie zdawał sobie sprawy, że godząc się na
reformy, a później się z nich wycofując, postępował gorzej, niż gdyby
nic nie robił. Władza, rezygnując ze swych decyzji pod wpływem nacisków
społecznych, traciła autorytet i szacunek. Nie bez znaczenia był też
aspekt techniczno-propagandowy postępowania Turgota, który miał zwyczaj
poprzedzać królewskie edykty rozbudowanymi preambułami objaśniającymi
wady dotychczasowych rozwiązań. Gdy się wycofywano z reform,
pozostawała tylko krytyka, i to wychodząca z najbardziej miarodajnych
ust. Dotychczasowe złe prawa wydawały się jeszcze gorsze.
Równie wiele kłopotów nastręczyły reformy podjęte przez kolejnego
ministra Jakuba Neckera (1777 – 1781), szwajcarskiego bankiera i
innowiercę. Jego nominację wymusiła konieczność przygotowywania Francji
do wojny, która wraz z ogłoszeniem niepodległości przez amerykańskie
kolonie wydawała się nieuchronna, choć nie do końca zdawano sobie
sprawę, z kim będzie trzeba walczyć: z Anglią czy z kolonistami. Tak
czy inaczej, skarb musiał być przygotowany na duże wydatki i szybko
należało poprawić jego kondycję. Neckerowi, który łatwo uzyskiwał
zagraniczne kredyty, zresztą na olbrzymie procenty, z czego mało kto
zdawał sobie sprawę, udała się rzecz nadzwyczajna – wojna z Anglią
toczyła się bez podnoszenia podatków. Minister usiłował zaprowadzić
porządek w budżecie, ale z miernym skutkiem. Necker sądził, że państwo
winno aktywnie działać we wszystkich dziedzinach życia społecznego, nie
tylko w ekonomii. Chciał więc, by dla równowagi społecznej poprzeć
aspiracje stanu trzeciego, przede wszystkim mieszczaństwa. Dlatego
dążył do zwołania zgromadzeń prowincjonalnych, w których stan trzeci
obradowałby wspólnie z dwoma pozostałymi, tj. duchowieństwem i
szlachtą, i miał równą im liczbę reprezentantów. Tu należy szukać
zapowiedzi haseł reorganizacji Stanów Generalnych. Takie koncepcje nie
zyskały jednak poparcia króla, który wbrew oczywistym faktom widział
równowagę między "blaskiem [szlachty], władzą [biurokracji] i złotem
[burżuazji] ". Diagnoza królewska była całkowicie fałszywa, bowiem
społeczeństwo przeżywało dramatyczny kryzys ról.
TRZY STANY FRANCJI
Stan trzeci, najliczniejszy i najbardziej zróżnicowany, ponosił cały
ciężar utrzymania państwa. W zamian nie dostawał ani gwarancji opieki,
ani nadziei awansu. Bogacąc się i kształcąc, mieszczanie oraz chłopi
napotykali kolejne, coraz bardziej rygorystyczne bariery ograniczające
możliwości ich awansu społecznego. Szlachta zwierała szeregi i coraz
bardziej zamykała się, równocześnie zagarniając coraz to nowe
przywileje. I tak np. od 1781 roku, by zostać oficerem, trzeba było
udowodnić szlacheckie pochodzenie cztery pokolenia wstecz! Jedynym
uwieńczeniem sukcesu finansowego mieszczanina było nabycie płatnego
urzędu i tym samym przejście do grupy szlacheckiej. Dopiero ta zmiana
koronowała sukces nie tyle jego samego, ile jego dzieci i wnuków,
otwierając im drogę do urzędów, rang oficerskich, prestiżu. Od tej
chwili pieniądze mogli już trwonić jak prawdziwi szlachcice. Nie
musieli się też martwić podatkami – należąc do grupy uprzywilejowanej,
byli od nich wolni. Taka droga awansu była równie destrukcyjna dla
szlachty jak burżuazji.
Dla odmiany szlachta, czyli ok. 1,5 proc. społeczeństwa Francji,
posiadała przywileje, nie posiadając władzy, a często też rozpaczliwie
borykając się z brakiem pieniędzy. Znaczna jej część, zmuszona od
czasów Ludwika XIV do przebywania na królewskim dworze nudziła się,
goniła za iluzorycznymi przywilejami, jak udział w "małym wstawaniu
króla" dający prawo oglądania monarchy w koszuli nocnej, traciła
fortuny na stroje i puste rozrywki. Jednak przede wszystkim ci ludzie
byli oddaleni od swoich dóbr rodowych i nie rozumieli problemów
wieśniaków, w których dostrzegali tylko płatników renty gruntowej. Duża
część szlachty prowincjonalnej ulegała pauperyzacji, co rekompensowała
sobie, odgradzając się murem protekcjonalnej wyższości od swych
chłopskich sąsiadów.
Dla obu stron, szlachty i chłopów, niezrozumiałe stawały się podstawy
istniejących w feudalizmie podziałów ról i funkcji. Chłopi coraz
głośniej określali je jako krzywdzące. Tym bardziej, że niepoczuwająca
się do żadnego obowiązku wobec swych poddanych szlachta bez żenady
egzekwowała zapomniane, wygrzebane w archiwach w desperacji krachów
finansowych dawne feudalne przywileje, np. prawo gołębnika czy polowań.
Na 28 mln mieszkańców Francji 18 mln stanowili chłopi, w przeważającej
większości ubodzy lub żyjący na granicy głodu. Pozbawieni opieki
feudała, uginali się pod rosnącymi obciążeniami wobec państwa.
Stan duchowny, liczący ok. 150 tys. osób "naród w narodzie", łączył
problemy dwóch wymienionych wcześniej. Znajdujemy tu bajecznie bogatych
biskupów wywodzących się ze szlachty, z najbogatszym feudałem Francji
arcybiskupem Strasburga kardynałem de Rohan na czele, i biednych
wikarych klepiących biedę wespół ze swymi parafianami, z którymi
łączyło ich pochodzenie, styl życia i poglądy. Kościół był bogatym
właścicielem ziemskim, posiadał ok. 10 proc. ziem królestwa, a raz do
roku na swym zgromadzeniu ogólnym ustalał śmiesznie niską "dobrowolną
daninę" na rzecz państwa. Kościół wspierał państwo swym autorytetem,
dostarczał urzędników (np. stanu cywilnego), wpływał na kształt
myślenia obywateli
i na ich obyczaje. I znów paradoksalnie, to Kościół właśnie był
najbardziej otwarcie i zjadliwie krytykowaną instytucją we Francji
ancien regime’u. Krytykowaną za swe wady, ale też niejako zastępczo,
jako podpora monarchii. Wreszcie z przekonania, że nie jest częścią
umowy społecznej między ludem a państwem i nie ma nic wspólnego z ideą
prawa naturalnego odnoszoną do wartości absolutnej przez myślicieli
Oświecenia.
REWOLUCJA ALBO NIEWOLA
"Pod rządami Waszej Królewskiej Mości pisze się wszystko i mówi się
swobodnie" – miał powiedzieć Ludwikowi jeden z jego dworzan. Zapomniał
dodać, że mówienie ze swobodą oznaczało totalną krytykę wszystkiego.
Oświecenie relatywizowało wszystkie prawdy, deptało każdy autorytet,
krytykowało bez respektu. Republika literatów i "filozofów" przyklejała
łatki, bezlitośnie wystawiała cenzurki.
Oświeceniowa publicystyka nie tylko krytykowała Kościół, stan finansów
państwa czy system rządów, ale też wieściła nieuchronność przewrotu
rewolucyjnego. Wybierajcie – krzyczał w swych pismach Gabriel Mably –
między rewolucją a niewolą, nie istnieje nic pośredniego. Wydaje się,
że większość społeczeństwa podzielała ten pogląd.
Do tej pory wszystkie napięcia były tłumione w czasach dobrej
koniunktury, ale ta załamała się wraz z wstąpieniem na tron Ludwika
XVI. Efektem była wieloletnia stagnacja gospodarcza. Sytuację
pogorszyły wspomniane gigantyczne pożyczki zaciągnięte na wojnę z
Anglią. Do 1781 roku Francja pożyczyła pół miliarda liwrów, nie mając
nadziei nawet na systematyczna spłatę odsetek od tej sumy.
Ostateczną klęskę gospodarce chciała też zadać sama natura - zbiory
1777 roku były bardzo złe. Równie nieszczęśliwa była klęska urodzaju
winnej latorośli w 1785 roku – wino było kiepskiej jakości i było go
zbyt dużo, więc ceny spadły o blisko połowę. To wpłynęło na
destabilizację rynku produktów rolnych. W latach 1787
i 1788 złe były zbiory zboża i pojawiło się widmo głodu.
W 1785 roku kolejny królewski minister finansów Charles de Calonne
usiłował zreformować system podatkowy, upraszczając go, ale też
sprawiedliwie rozkładając obciążenia na wszystkich mieszkańców Francji.
Celem tego szlachetnego posunięcia było przede wszystkim zwiększenie
wpływów do skarbu. Jednak najistotniejsze było powołanie Zgromadzenia
Notabli, ciała pochodzącego z królewskiej nominacji, obejmującego
wybitnych przedstawicieli wszystkich stanów. Mieli oni mieć prawo do
wyrażania swej opinii o planowanych reformach.
Obrady liczącego 144 członków Zgromadzenia Notabli otwarto 22 lutego
1787 roku. Od razu okazało się, że nikt nie chce wziąć na siebie
odpowiedzialności za poparcie niepewnych, niewystarczających reform.
Monarchię krytykowano tu otwarcie, mnożyły się żądania – jednym z
częściej powtarzanych było zwołanie Stanów Generalnych. Wystraszony
król podziękował zgromadzeniu i odesłał je do domu, dał też dymisję
Calonne’owi i zastąpił go arcybiskupem Loménie de Brienne, który
"stanął przed tymi samymi problemami, nie mając innych środków do
wyboru". Nowy minister zgodę na kolejne podatki usiłował uzyskać zwykłą
drogą, tj. ogłaszając ich wprowadzenie w edyktach królewskich.
LUD SIĘ BURZY
Zgodnie z prawem te ustawy miał rejestrować parlament paryski, który
miał prawo do uzupełnienia ich tzw. remonstrancjami - uwagami na temat
treści ustaw. Z czasem prawo do remonstrancji usiłowano przekształcić w
przywilej odrzucania królewskich decyzji. Monarcha miał co prawda prawo
złamania opozycji parlamentu, nakazując w czasie starej procedury
o dziwacznej nazwie "lit de justice" (łoże sprawiedliwości) przymusową
rejestrację, ale ten niepopularny akt uchodził za objaw despotyzmu.
Parlament, jako jedyna w monarchii absolutnej opozycyjna instytucja,
został zniesiony przez Ludwika XV, ale na nieszczęście dla siebie
Ludwik XVI reaktywował go niemal na początku swych rządów. Latem 1787
roku parlament, obradując nad rejestracją edyktu królewskiego o podatku
gruntowym, ośmielił się podjąć uchwałę ustalającą zasadę wprowadzania
nowych podatków tylko przez Stany Generalne. Miesiąc później zaś
stwierdził nielegalność przymusowej rejestracji edyktów. Paryska ulica
zareagowała na to entuzjastycznie. Od 17 sierpnia 1787 roku w Paryżu
trwały manifestacje, które po kilku dniach zamieniły się w zamieszki,
pod koniec miesiąca rząd musiał zaś użyć wojska dla zaprowadzenia
spokoju w mieście.
Jesienią 1787 roku, po kilku stanowczych działaniach podjętych przez
króla, w istocie odwołujących wcześniejsze próby reform, nastroje nieco
opadły. Była to cisza przed burzą, bowiem latem 1788 roku kraj znów
ogarnęły rozruchy. Na prowincji zbierały się nielegalne zgromadzenia
szlachty. Buntownicze żądania wychodziły też od duchowieństwa. Rządowi
wierne było wojsko i do jego pomocy monarcha odwoływał się dość często.
By spacyfikować sytuację, Brienne ogłosił wreszcie decyzję o zwołaniu
Stanów Generalnych na 1 maja 1789 roku. Jednocześnie zaproponował
ogólnokrajową debatę o kształcie tego zgromadzenia, niezwoływanego
wszak od 1614 roku. Zamiarem ministra było skłócenie w ten sposób
opozycji i odwrócenie uwagi od spraw zasadniczych. Stało się inaczej –
wolność debaty o stanie państwa i koniecznych reformach jego instytucji
zaostrzyła nastroje. Jeden ze skrajnie konserwatywnych ówczesnych
polityków podsumował to dobitnie: "Nikt by nie ośmielił się wykonywać
zawodu, którego się nie nauczył, ale wszyscy chcieli osądzać królów, a
nawet rządzić państwem".
SIRE, TO WIELKA REWOLUCJA
W sierpniu 1788 roku stan skarbu był już tak zły, że ogłoszono
przymusową pożyczkę państwową. Brienne zapłacił za to stanowiskiem, a
król, choć "miał do tego kroku wielką odrazę", musiał ponownie powołać
Neckera. Nowemu ministrowi udało się przekonać Ludwika, że jedyną siłą
wspierającą go we Francji jest stan trzeci, dlatego to na nim powinien
oprzeć swe reformy. Król zgodził się na pomnożenie liczby jego
reprezentantów, a w ordynacji wyborczej do Stanów Generalnych stan
trzeci otrzymał właściwie powszechne prawo wyborcze, choć głosował w
skomplikowany pośredni sposób.
Zbiory w 1788 roku były katastrofalne, a zima przełomu 1788/1789 bardzo
ostra. Niepewna sytuacja polityczna i problemy rynku wewnętrznego
zachwiały popytem na towary luksusowe produkowane przez liczne
manufaktury w Paryżu i okolicach. Zwalniani robotnicy, pozbawieni
środków do życia, mający teraz dużo czasu, w większości zjeżdżali do
stolicy. W mieście panował nastrój anarchii. 5 maja 1789 roku w Wersalu
zebrało się 270 przedstawicieli szlachty, 291 duchowieństwa i 578 stanu
trzeciego – rozpoczęły się obrady Stanów Generalnych. Od tej chwili
wypadki nabrały tempa. 17 czerwca stan trzeci ogłosił się Zgromadzeniem
Narodowym, następnego dnia dołączyli do niego posłowie kleru. 20
czerwca, obawiając się rozpędzenia, w sali do gry w piłkę członkowie
zgromadzenia złożyli przysięgę - nie przerwą obrad, póki nie zostaną
uchwalone i zapewnione konstytucja królestwa i powszechne odrodzenie.
23 czerwca król przedstawił posłom tzw. deklarację królewską
prezentującą skromne granice monarszych ustępstw i nawołującą stany do
rozłącznych obrad. Sala obrad Zgromadzenia została otoczona wojskiem,
ale król nie myślał go używać.
Tymczasem w Paryżu zbuntował się jeden z regimentów, a Necker
rozpaczał: Nigdzie już nie ma posłuszeństwa, nie jesteśmy nawet pewni
wojsk. Ludwik uznał zgromadzenie i pozwolił szlacheckim posłom na
włączenie się do jego prac, ale niedługo później dał dymisję Neckerowi.
Król bał się tłumu i pod koniec czerwca obsadził Paryż i Wersal
regimentami cudzoziemskimi – w sumie 20 tys. ludzi. Mimo to 30 czerwca
czterotysięczna demonstracja zaatakowała więzienie Abbaye, a 12 lipca w
stolicy wybuchły walki między wojskiem a tłumem wznoszącym okrzyki na
cześć Neckera i księcia Orleańskiego, królewskiego kuzyna i pretendenta
do tronu. Zamieszki trwały też dnia następnego. Zniszczono rogatki,
splądrowano klasztor św. Łazarza. Rano 14 lipca rozwścieczony tłum
aresztował, a potem zamordował znienawidzonego królewskiego kontrolera
finansów Josepha Fullona, który podczas klęski głodu w 1775 roku miał
powiedzieć pamiętne słowa: "jeśli lud głoduje, niech je siano".
Zastrzelono też Jacques‘a de Flesselles, podejrzanego o spiskowanie z
dworem, głównego sędziego pokoju w Paryżu, a jego uciętą głowę noszono
po ulicach. Prawie tysiąc osób zgromadziło się w okolicy Bastylii -
symbolu tyranii, a jednocześnie składu amunicji. Proch zaś był
potrzebny demonstrantom, którzy zdobyli w zajętym rano Arsenale
kilkadziesiąt tysięcy rusznic i kilka armat. Twierdza padła dosyć
szybko, a obrońców rozszarpał tłum. Gwardia królewska nie
interweniowała.
Na wieść o wydarzeniu Ludwik XVI wypowiedział znane zdanie: "To wielka
rewolta!" Inteligentniejszy od monarchy minister odparł: "Nie, Sire, to
wielka rewolucja". Nazajutrz król podjął decyzję o wycofaniu wojsk z
Paryża i Wersalu i osobiście poinformował o tym Zgromadzenie Narodowe.
Posłowie i lud przyjęli to z entuzjazmem – drzwi do rewolucji zostały
otwarte.
|